Bóg w sieci

Bóg w sieci – czy to ma sens?
Czasem zastanawiam się, czy nasze blogowanie i nasze działania w sieci mają sens. Czy dzielenie się swoimi, jakby nie patrzeć, intymnymi doświadczeniami, nie jest jakimś zbytnim obnażaniem się na tak szeroką skalę. Tego typu wątpliwości raz po raz pukają do moich drzwi. Ile razy je wpuszczę, tyle razy otwierają się kolejne drzwi, przez które wchodzą argumenty i odpowiadają na wszystkie stawiane sobie wtedy pytania.

Jak się o Nim dowiedziałam…
Pierwsze kroki, które stawiamy w wierze, idą w parze niemalże z pierwszymi krokami w życiu. To mama, tata, babcia, czy inna bliska osoba wprowadza nas w duchowość – pierwsze próby znaku krzyża, pierwsze amen, pierwszy raz wypowiedziana modlitwa do anioła stróża… To wszystko bardzo ważne, pozostaje w pamięci, ale jest jeszcze coś więcej. Do pewnego momentu to mi wystarczało, zapewniało spokój i poczucie, że w tym wszystkich jest mój Bóg. Przyszedł jednak jakiś niedosyt, który popychał do szukania czegoś więcej. Jakaś tęsknota za spotkaniem… To właśnie wtedy, poznałam ludzi, którzy nie bali się mówić o tym, co Bóg robi w Ich życiu, jak bardzo jest żywy i obecny w Ich domach i jak bardzo kocha… każdego. Czułam wdzięczność, że mogłam usłyszeć te wszystkie historie, trudne, ale prawdziwe, pełne nadziei i interwencji Boga. Ta tęsknota została wypełniona, a Ci ludzie i Ich historie na zawsze zostaną już w moim sercu jako pamiątka tego wyjątkowego spotkania.

Skoro żywe świadectwo pozwoliło mi rozwinąć moją relację z Jezusem i doświadczyć tego, że wszystko, co słyszałam o Nim to prawda, nie mogę trzymać tego tylko dla siebie. Może ktoś, tak jak ja kiedyś, czeka teraz właśnie na takie spotkanie i będę zaszczycona, jeśli to mną Bóg zechce się posłużyć, żeby do niego doszło.

Tajemnicze wiadomości…
Niesamowite jest to, że kiedy zaczynam zastanawiać się, czy post, albo artykuł, który właśnie został opublikowany na naszych kanałach, powinien się tam pojawić, dostaję na to konkretną odpowiedź. Wiele razy zdarzyło się tak, że akurat spływała wiadomość od kogoś, że to, co napisaliśmy pomogło mu zrozumieć, poczynić refleksję, coś zmienić… Te wiadomości to dla mnie zawsze kontynuacja dialogu z Bogiem, który stoi jako pierwszy słuchacz moich wątpliwości. On wie, jak mi odpowiedzieć i co zrobić, żeby rozwiać wątpliwości. W zasadzie nasza relacja zawiera się w tych słowach: „Panie, przenikasz i znasz mnie, Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję (…), choć jeszcze nie ma słowa na języku, Ty Panie, już znasz je w całości (…).” Aż chce się dopisać „i odpowiadasz na nie!”.
Tak na marginesie dalej w tym psalmie (139) jest napisane: „Ty ogarniasz mnie zewsząd”. Jakże to pocieszające i prawdziwe, bo czasem mam wrażenie, że ja siebie nie ogarniam i często mówię, że dobrze, że jest Bóg, który mnie ogarnia

Idźcie na cały świat
Tu nie chodzi o wielkie ambicje ewangelizowania całego świata. Dla mnie największym sukcesem byłoby, gdyby choć jedna osoba, dzięki naszemu blogowi weszła w żywą relację z Jezusem. Nie zmieniłby się cały świat, ale na pewno cały świat tej jednej osoby zmieniłby się bardzo. Często chcąc wyjść poza strefę swojego komfortu, staram się myśleć w kategoriach wieczności. Pewnie, że wolałabym na naszych kanałach, dzielić się tylko tym, co wygodne, co nie pozostawiałoby domysłów typu: „co tam się działo u tych Jabłońskich, że zawiesili bloga w czerwcu?”. Otóż działo się i tak wygląda rzeczywistość, nie zawsze jest u nas tylko fajnie i miło. Czasem bywało, że tylko interwencja Boga ratowała nam relację i to właśnie Jego prowadzenie i jego moc pozwalała przebaczać i wchodzić na nowe, lepsze tory naszego małżeństwa.

Lek na epidemię
Skoro tak jest. Skoro sytuacje, choć trudne w małżeństwie, nie są nigdy beznadziejne, to nie można tego trzymać dla siebie. Tą nadzieją jest dla mnie Bóg. On jest niesamowity w swojej miłości i kreatywności, a w połączeniu tych dwóch cech, jest w stanie naprawdę z poważnych trudności, wydobyć poważne dobro. Po naszej stronie było tylko (i aż) zaufać Mu i oddać sprawy w Jego ręce.

Ja osobiście czuję się, choć nie przymuszana przez nikogo (tym bardziej Boga, który jest wolnością) w obowiązku mówić o tym, co dla nas robi. To tak, jakby była jakaś poważna epidemia, na którą miałabym lek, ale schowała tylko dla siebie i dla męża czy ewentualnie najbliższej rodziny i przyjaciół. Nie da się ukryć, że epidemia jest… Epidemia kryzysu wiary. My mamy wokół siebie sporo osób wierzących, zaangażowanych w kwestie budowania relacji z Bogiem, ale mamy też wiele takich, które poszukują sensu życia tam, gdzie trudno go znaleźć. Jest epidemia, która staje się niebezpieczna, bo zbiera żniwo śmierci i choć nie jest to śmierć fizyczna, to jest to śmierć duchowa, która przynosi wiele cierpienia. Skoro nam to „lekarstwo” pomaga, to dlaczego nie podać dalej?

Wiara to moja indywidualna sprawa
Pamiętam siebie sprzed ponad dziesięciu lat, gdzie myślałam o wierze w kategoriach – ja, Bóg, cztery ściany, no ewentualnie: ja, Bóg, cztery ściany kościoła (ale bez wspólnoty wiernych). Gdyby te osoby, które kiedyś podzieliły się ze mną swoim świadectwem i doświadczeniem Boga, myślały w tych kategoriach, być może nigdy bym Go nie spotkała. Nie mówię tutaj o praktykach religijnych, bo pewnie chodziłabym do kościoła, ale nie jestem pewna, czy spotkałabym Boga.

Gdyby Apostołowie ponad dwa tysiące lat temu zachowali dla siebie całą naukę Jezusa, pewnie nikt by Go dziś nie poznał… Chociaż pewnie Bóg by tak tego nie zostawił.
Niemożliwe jest spotkać Boga, doświadczyć Go i nie dzielić się tym. Nie musi być to internet, nie muszą być media… ale nawet jedna osoba, która dowie się od Ciebie o tym, że Bóg żyje, może doświadczyć rewolucji w swoim życiu. Rewolucji w kierunku „in plus”.

Jeśli masz wątpliwości, czasem czujesz się dziwnie, nieswojo, jak odmieniec, czy jakkolwiek inaczej, z tego powodu, że dzielisz się swoim doświadczeniem Boga, możesz być z tego dumny. Być może nigdy się nie dowiesz, że swoją postawą, odwagą, słowem, gestem…zmieniłeś czyjeś życie. Być może te osoby, które kiedyś dały mi świadectwo wiary, nawet nie wiedzą , że moje życie od tamtej pory nabrało barw i zmieniło kierunek. Nie mam z nimi nawet kontaktu, ale wdzięczność, którą mam w sercu, pozostanie na zawsze.