Małżeństwo jest super! – Anna i Adam Weberowie

Zapraszamy na wywiad Anną i Adamem Weberami, którzy na co dzień praktykują miłość, dwujęzyczność i „wychowanie przez muzykowanie”, a ponadto są rodzicami trzech chłopców, twórcami Pomelody i 1/2 Mamy Lamy.

Jak długo jesteście małżeństwem?

Ponad 7 lat 🙂

Dokończcie zdanie: Małżeństwo jest super, ponieważ…

Adam: …ponieważ moją żoną jest Ania Weber 😉
Ania: …mogę w stu procentach dzielić życie z moim ulubionym człowiekiem na Ziemi.

Jaki jest Wasz przepis na szczęśliwe małżeństwo?

Ania: Jeśli to tylko możliwe to moją receptą jest, by pobrać się wcześnie i dojrzewać ze sobą u boku. Nie czekać do momentu gdy robimy się już zbyt wygodni, nieelastyczni i ze zbyt nierealnymi oczekiwaniami.
Adam: Mój „przepis” to ciągle wyzbywać się egoizmu i dbanie o małżonka bardziej niż o siebie. Proste? Nie. Bardzo trudne, ale konieczne i przynoszące owoce.

Jak dbacie o swoją małżeńską relację?

Adam: Kiedyś zabierałem Anię na romantyczne randki w ciekawe miejsca, robiłem jej niespodzianki, jechałam setki kilometrów, by spędzić z nią kilka chwil. Teraz gdy jesteśmy ze sobą razem i w pracy i w domu i mamy trójkę dzieci znacznie ciężej ją czymś zaskoczyć. Mimo braku czasu i zmęczenia staram się spędzić z Anią choć kilka chwil sam na sam, nawet jeśli taka randka odbywa się w łazience podczas mycia zębów.
Ania: Mam wrażenie, że zanim pojawiły się dzieci ta relacja dbała o siebie „sama”. Z trójką dzieci trzeba o to porządnie zawalczyć, być intencjonalnym, planować czas na rozmowę, łapać chwile. Ale często sprowadza się to do dbania o małe rzeczy: obejrzenie filmu, na który on ma ochotę, wstania wcześnie, by mógł pospać chwilę dłużej, załadowanie zmywarki czy pomalowania się, choć zupełnie nie mam na to ochoty, tylko po to być zadbaną i atrakcyjną dla niego.

Czy praktykujecie małżeńskie randki? Jeśli tak, to jak znajdujecie na nie czas przy napiętym planie tygodnia? Sami dobrze wiemy, ze obowiązki związane z dziećmi, domem i pracą zabierają sporo czasu.

Ania: Mieszkamy na wsi, nie mamy z kim zostawiać dzieci, więc mimo chęci by czasem zaszaleć, randka rozumiana jako wyjście z domu zdarza nam się bardzo rzadko. W związku z tym wyrobiliśmy kilka rytuałów randkowych, które pozwalają nam zostać w domu, ale czuć się jak na randce: wieczór planszówek, dobra kolacja przy świeczkach, spacer – (do okoła domu ;)), siedzenie na balkonie – patrzenie w gwiazdy i pogaduchy. Zawsze, gdy po takim wydarzeniu kładę się spać, czuję jakbym wróciła ze świetnej randki w mieście, a tak naprawdę przeszłam kilka kroków z własnego salonu. Moim zdaniem randka to nie wyjście z domu, to stan umysłu 😉 

„Niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce”, czyli kłóćcie się, niech „latają talerze”, ale nie kładźcie się spać niepojednani. Czy to Wasza „codzienność”? Zdradźcie swoje sposoby na dobre zarządzanie kłótniami i szybkie godzenie się.

Adam: Wychodzę z założenia, że lepiej zapobiegać niż leczyć i nie daję się Ani rozkręcić (śmiech). Ale jak już raz na jakiś czas zdarzy jakiś wybuch, to dajemy sobie wolność do tego, by opadł dym. Staramy się porozmawiać o tym co się wydarzyło (albo raczej co się dzieje – bo to z reguły jest już bardziej złożona sprawa) jeszcze tego samego dnia, ale czasem okazuje się, że dym jeszcze wcale nie opadł i potrzeba dwóch, trzech dni, żeby wszystko sobie w głowie ułożyć i rozmawiać już po to by do czegoś dojść, a nie tylko po to by coś rozgrzebywać. Nie zdarzył nam się tydzień kłótni czy jakiś taki dłuższy czas, ale klasyczne „ciche dni” miewamy, cóż tu dużo mówić.

Co zyskujecie dzięki małżeństwu jako osoby?

Ania: Chyba przede wszystkim Adam jest jedyną osobą na Ziemi, której nigdy nie mam dość. Nawet w relacji z najbliższą koleżanką, dzieckiem czy członkiem rodziny w końcu czuję przesyt, ale to nie dotyczy mojego męża. On mi się nigdy nie nudzi, nie irytuje – nawet jak się pokłócimy, a więc dzięki mojemu mężowi mam na tym świecie kogoś z kim zawsze czuję się dobrze i swobodnie. Poza tym jestem fajniejszą babką dzięki niemu. Rozkwitam jako kobieta, mama, bizneswoman. Czuję się piękna, utalentowana, szanowana i zdolna przenosić góry. Nie denerwuję się niepotrzebnie i dokonuję lepszych wyborów, bo mam je z kim przegadać, złapać perspektywę.

Jaki jest wasz sposób na zapobieganie rutynie w związku? Ewentualnie co robić, jak się już ona pojawiła?

Adam: Oj taaak…rytuna. To paradoksalne, bo często w tym samym momencie niszczy nas rutyna oraz przygniata chaos. To chyba tylko z dziećmi takie sztuczki są możliwe. I właśnie gdy takie czasy nastają, gdy praktycznie cała nasza energia idzie głównie na tryb przetrwania kolejnego dnia walki z życiem i któryś już wieczór z rzędu kładziemy się do łóżka jak współlokatorzy, to to jest ten moment, aby wydarzyło się „coś”. Chciałbym móc powiedzieć, że gdy zakrada się rutyna, to rzucamy wszystko i jedziemy na dwa dni w jakieś dzikie miejsce tylko we dwoje (i marzę o tym szczerze), ale trójka maluchów to zdecydowanie nie ten czas. Więc wtedy właśnie wymyślamy jakąś randkę, albo „zarywamy nockę” na pogaduchy, wizje, wspólne śmiechy. Okazuje się wtedy, że tak niewielkiego podmuchu trzeba, by rozgrzać ten żar! A jednak, kilka dni później znowu może się wydawać, że tu już tylko leży popiół. I tak się życie toczy.

Czy macie w swoim małżeństwie doświadczenie kryzysu/problemów, który wspólnie pokonaliście i którego przejście umocniło Waszą relację?

Ania: Nasze życie jest raczej wyboiste, nie jesteśmy (jakby to potocznie ująć) „farciarzami”, raczej nic nam łatwo nie przychodzi. W pocie czoła wykuwamy naszą codzienność. Jednocześnie oczywiście widzimy w tych wszystkich zawodowych tarapatach i rodzinnych trudnościach wspaniałe Boże działanie i pomoc. To jednak nie zmienia faktu, że całkiem sporo tych różnych małych i średnich kłopotów przyszło nam razem przeżyć. Był taki czas – całkiem niedawno, gdy finansowo byliśmy ruiną, Pomelody stało pod znakiem zapytania, niesamowicie już doskwierało nam życie z dwójką dzieci w domu rodziców, spodziewaliśmy się trzeciego dziecka, podupadliśmy na zdrowiu, a do tego w naszej rodzinie i sferze zawodowej wydarzyła się seria niefortunnych wypadków. Oboje byliśmy tak przygnieceni, przemęczeni i bezsilni, iż mieliśmy wrażenie, że jesteśmy uwięzieni pod ogromną lawiną, która tak naprawdę wciąż dalej się osuwa i nie zamierza przestać. Wydawało się nam, że jeszcze niby żyjemy, ale od tego wszystkiego za chwilę wyzioniemy ducha. Jakoś zawsze wcześniej ktoś był silniejszy, gdy druga połówka miała akurat słabszy czas. Ale wtedy!? Ogromnie ciężko było mi skupiać się na tym w jak trudnym położeniu jest mój mąż, gdy sama miałam tak bardzo dość. Ale chyba tylko nas uratowało – zauważanie, tego w jakiej sytuacji jest druga strona i przedkładanie tego ponad swoje cierpienie. To nie musi objawiać się wielkimi gestami, ale sprawia, że w naszej głowie nie pozwalamy sobie za bardzo się zapędzić w kozi róg. Nigdy jak dotąd, tak wyraźnie jak właśnie wtedy nie pojmowałam tego co to znaczy, że jesteśmy jednym, że siedzimy w tym wszystkim razem. To, że stawiając (choćby na chwilę i tylko mentalnie) mojego męża wyżej niż siebie, realnie zmieniam komfort jego życia, co sprawia, że nam obu jest lepiej. Skoro jesteśmy jednym, to tak to właśnie działa. Inwestując w niego, inwestuję w siebie. Czyż to nie cudownie wydajne?!

Jesteście ciekawi kolejnych wywiadów i historii w ramach cyklu „Małżeństwo jest super!”?
Bądźcie z nami na bieżąco i:
♥ subskrybujcie nasz newsletter ⇒ SUBSKRYBUJ
♥ o
bserwujcie nas na:
⇒ FACEBOOKU
 INSTAGRAMIE