Małżeństwo jest super! – Ola i Łukasz Woźniakowie

Fot. Frames – fotografia rodzinna

Zapraszamy na arcyciekawą i niezwykle ubagacającą rozmowę o małżeństwie z Olą (Mama Lama) i Łukaszem Woźniakami (u Wookiego).

Jak długo jesteście małżeństwem?

Ł: Proste, 8 lat, rok 2011, 16 września.

A: Mieliśmy po 22 lata jak wzięliśmy ślub.

Dokończcie zdanie: Małżeństwo jest super, ponieważ…

A: Hmmm, Łukasz…

Ł: Ponieważ jest obrazem Chrystusa i Kościoła.

A: Nice, 10 punktów 😊 Małżeństwo jest super, ponieważ jest pierwszym krokiem, przez który nas Pan Bóg przeprowadza, żeby nam odkryć siebie samego przed nami samymi, co nie jest łatwe… My do końca siebie nie znamy. Można powiedzieć, że dopóki wychowujemy się w naszym rodzinnym domu, to jesteśmy w takim trochę hermetycznym środowisku. Dopiero w zestawieniu z drugim człowiekiem, który pochodzi z zupełnie innej rodziny, kiedy zaczynamy się poznawać, mieszkać pod jednym dachem i już nie da się od niego uciec, okazuje się, że on jest tak bardzo inny. U nas na przykład ludzie nam mówili: „Jejku jacy Wy jesteście podobni, jak brat i siostra”. Mówili, że nawet fizycznie jesteśmy podobni. I kiedy myśleliśmy, że naprawdę jesteśmy podobni do siebie, to się okazało, że jesteśmy bardzo różni.
Dopiero jak jesteśmy w tym zestawieniu małżeńskim i jeżeli jesteśmy otwarci na zmianę, a nie zakładamy, że jesteśmy produktem już „dokończonym”, to dopiero widzimy się w odbiciu tego drugiego człowieka i jesteśmy w stanie spojrzeć na siebie z innej perspektywy.

Ł: Wrócę jeszcze do mojej wypowiedzi, w której chodziło o parafrazę tego, co św. Paweł pisze do Efezjan. Relacja mężczyzny i kobiety, związek małżeński jest owiany pewną tajemnicą, ale od początku w Bożym planie był to doskonały sposób przedstawienia relacji: Chrystus i Kościoła. Nie dlatego doskonały, że jesteśmy doskonałymi ludźmi. Małżeństwo jest narzędziem do zmiany nas wewnątrz, ale jest też narzędziem do pokazywania światu tej miłości, którą Bóg nas obdarował. Pokazania tej miłości pełnej poświęceń, jaką ukazał Chrystus.

Fot. Frames – fotografia rodzinna

Jaki jest Wasz przepis na szczęśliwe małżeństwo?

Ł: Szczera odpowiedź jest taka, że nie mamy przepisu na szczęśliwe małżeństwo. Myślę, że ułudą jest, jeśli się spróbuje dać jakąś receptę. Odpowiedź będzie zawsze z naszej perspektywy, w ograniczonym czasie, więc ona będzie przez chwilę  w pewnym sensie prawdziwa, ale ostatecznie nieprawdziwa i niebezpieczna, jeśli ktoś spróbuje ją zastosować jako zasadę czy pewnik udanego małżeństwa. Cały czas myślę, że fundament tej relacji jakim jest miłość, nie wynika z wzajemnej sympatii,  jakichś wspólnych pasji, czy wychodzenia z domu na randkę. To nie jest fundamentem, chociaż dobrze jak są te wszystkie rzeczy, ale fundamentem jest to, że ta druga osoba okazała mi tę doskonałą miłość, czy ja okazałem miłość jej.

A: A ja myślę sobie, że dla mnie jest to naśladowanie Chrystusa w małżeństwie. W ogóle my jako chrześcijanie to „naśladowanie Chrystusa”, „Ewangelia” i te wszystkie frazy wrzucamy bardzo lekko i one tak naprawdę często nic nie znaczą. Czyli, że w naszym życiu one nie mają miejsca, mogą być sprowadzone do poziomu jedynie teorii.  Dla mnie to „naśladowanie” w naszym małżeństwie oznacza to, że np. nie ma czegoś takiego, że moje poświęcenie dla drugiego człowieka – dla moich dzieci, czy męża ma jakieś granice. To znaczy, że nie ma czegoś takiego, że „ok, do tego stopnia zgadzam się być uległą, albo zgadzam się poświęcić swoje „ja” na korzyść męża czy dzieci”. Ja pracuję nad tym, żeby w ogóle zrezygnować z czegoś takiego jak np. „Wyszedłeś już w tym tygodniu trzy razy z koleżkami, więc po pierwsze ja żądam teraz trzech wyjść dla mnie, a po drugie wyliczę Ci albo Ci wypomnę.” To może brzmieć niesprawiedliwie, bo jak ja mówię o braku oczekiwań, o zatracaniu siebie na rzecz drugiej osoby, to wszyscy z którymi rozmawiam i nie mają nic wspólnego z podejściem chrześcijańskim do życia, to mają takie odpowiedzi: „ale co, przecież ty też musisz odpocząć, ale ty też jesteś zmęczona, przecież ty też jesteś tralalalalala…”. I to jest prawda. Tylko jeśli ja będę trzymała to, jako warunek mojego szczęścia i kochania drugiej osoby, bo on mi się odwdzięczy tym samym – fifty/fifty – no to ja nie będę szczęśliwą osobą, po prostu.

Ł: I oczywiście mnie to też dotyczy, dokładnie ta sama, uniwersalna zasada. Żeby stawiać tę drugą osobę ponad samego siebie.
A: I później cieszyć się z tego, że ta druga osoba ma się dobrze w życiu.

Jak dbacie o swoją małżeńską relację?

A: My jesteśmy w bardzo specyficznym czasie naszego życia, gdzie mamy trójkę małych dzieci. Najmłodsze ma 2 miesiące, najstarsze ma 3,5 roku. To jest bardzo gęsto.

Ł: Można opowiadać o różnych rzeczach, ale rzeczywistość jest taka, że słowa zachęty, kiedy codzienność staje się przytłaczająco – męcząca, wyręczanie siebie nawzajem w jakichś rzeczach – nie gdy ta druga osoba tego wymaga, lub gdy o to prosi, ale zanim się to wydarzy – to już jest wielka sprawa.

A: Dla nas także jest niezwykle ważne bycie wdzięcznym, również za te oczywiste rzeczy, czyli jak Łukasz ogarnął dzieci do snu, to jestem wdzięczna i mówię mu to.

Ł: Pomimo, że to są moje obowiązki.

A: Dokładnie. Ale również staramy się wychodzić na randki. Na przykład teraz jesteśmy na randce przy okazji nagrywania tego wywiadu. Nagrywamy odpowiedzi poza domem. Mieliśmy kiedyś ustaloną „date night”, ale życie jest bardzo, bardzo dynamiczne u nas, więc musieliśmy z tego trochę zrezygnować.

Ł: Chociaż ja się staram, żeby jeden dzień w tygodniu taki się wydarzył, tylko przez zawirowania to nie jest zawsze ten sam dzień. Ale staram się, żeby jeden taki wieczór w tygodniu, był inny niż zazwyczaj. Zdarza się, że siadamy sobie wieczorem bez gości, bez dzieci, żeby porozmawiać, obejrzeć coś razem.
Na pewno też dużą wartością jest wspólny poranek. On jest przede wszystkim rodzinny, czytamy jakąś książkę wspólnie, albo rozmawiamy, to też jest ważne.

A: Dzisiaj w nocy nam się zdarzyło, że nie spaliśmy oboje o 4.30 i po prostu rozmawialiśmy sobie godzinę w łóżku, przy Jonaszu, który sobie tam chrumkał.

Czy praktykujecie małżeńskie randki? Jeśli tak, jak znajdujecie na nie czas przy napiętym planie tygodnia…?

A: No właśnie mówiliśmy, że mieliśmy te „date night”, ale dostosowujemy je do konkretnego czasu w życiu, bo ostatnio jest naprawdę gorąco.

Ł: Myślę, że randki po prostu trzeba ustalić, trzymać to jako priorytet i nie bać się prosić o pomoc znajomych, bądź kogoś z rodziny, czy z Kościoła, którzy po prostu są w stanie przyjść i posiedzieć z dziećmi i zadzwonić, żebyśmy wracali jak będzie ciężko. No i nie nastawiać się na to, że będzie to dokładnie to, co byśmy chcieli, bo małe dzieci mogą się np. budzić, obowiązków jest dużo i tak dalej, ale fajnie, kiedy czasem uda się wyjść gdzieś razem.

A: Ostatnio była u nas moja rodzina i rodzice wyszli z inicjatywą, że „my zostaniemy z dziećmi, a wy sobie wyjdźcie na randkę”. Zazwyczaj jak przyjeżdża rodzina, to nastawienie jest takie, że siedzimy razem do upadłego, a tym razem bardzo fajne było to, że oni byli u nas w domu, sami zaproponowali, chwilę posiedzieli, zajmowali się naszymi dziećmi, a my mogliśmy wyjść. Kluczem jest rzeczywiście to, żeby widzieć w tym wartość, bo jeśli stwierdzimy  „dobra, co to za różnica, czy pogadamy gdzieś pół godziny w McDonaldzie czy w domu, co to ma za znaczenie” … To ma znaczenie moim zdaniem.

Ł: Też tak myślę.

„Niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce”, czyli kłóćcie się, niech „latają talerze”, ale nie kładźcie się spać niepojednani. Czy to Wasza „codzienność”? Zdradźcie swoje sposoby na dobre zarządzanie kłótniami i szybkie godzenie się.

A: Tu chyba trzeba zdefiniować co to znaczy kłótnia, ponieważ my się często nie zgadzamy i zazwyczaj szybko to jest konfrontowane. Ja przebyłam długą drogę od tego, co wyniosłam z domu, albo od tego, jaka byłam po prostu, gdzie w każdej uwadze Łukasza słyszałam całe drugie dno, którego tak naprawdę nie było. Mało tego, ja walczyłam z tym drugim dnem. Kiedy on mi zwracał na coś uwagę, albo się z czymś nie zgadzał, albo mówił, że mój pomysł, nie jest aż taki świetny itd. … To ja po prostu walczyłam, płakałam i obrażałam się, więc dla mnie w małżeństwie zbawienne jest to, że Łukasz nie jest prawie w ogóle emocjonalny.

Ł. Ja jestem bardzo emocjonalny, ale ukrywam to często, albo wstrzymuję, no bo nie ma już na to miejsca 😊

A: Ja jestem emocjonalna, ale takie męskie analizowanie, męskie rozmawianie, czyli bez zbędnych emocji i doszukiwania się drugiego dna, sprawiło, że ja jestem w stanie znieść bardzo przykrą krytykę i rozmawiać o tym jako jakimś neutralnym temacie.

Ł: Ważne jest też to, że teraz nawzajem potrafimy sobie powiedzieć: „To co mówisz, brzmi dla mnie tak i tak i nie brzmi to fajnie, nie brzmi to przyjemnie, źle się tego słucha”. To po pierwsze. Po drugie myślę, że trzeba wciąż wracać do tego i przypominać sobie nawzajem, że my jesteśmy w jednej drużynie, jesteśmy razem kontra reszta świata, a nie ja ciągnę na swoje, ty na swoje. To jest kluczowe. Nie tylko, żeby to wiedzieć, ale czasem to sobie powtarzać.
No i rzeczywiście jak mamy zazwyczaj jakieś spięcia to dość szybko je konfrontujemy, nawet kiedy są dzieci i się bawią, idziemy na bok o tym pogadać, albo zaraz po tym jak się położą spać.

A: Problematyczne w naszym życiu jest teraz to, że jesteśmy zmęczeni / zestresowani. I to jest bezsensowny czynnik, który mocno wpływa na to, jak się ze sobą rozmawia i czy rzeczywiście dochodzi do jakichś kłótni.

Moi rodzice też tacy byli, że oni się nie kłócili. Oni się często ze sobą nie zgadzali, ale się nie kłócili. Nie było talerzy i nie było krzyków, wrzucania sobie i epitetów lub czegokolwiek, tylko było bardzo dużo pokory. Pamiętam jak kiedyś wracałam ze studiów i moi rodzice byli akurat z moim niepełnosprawnym bratem w Olsztynie i On był świeżo po operacji kręgosłupa. Moja mama nie konsultując tego z tatą wyjechała po mnie na dworzec. On wyszedł z moim świeżo po operacji bratem, bo mama miała podjechać pod nich, a ona najpierw pojechała po mnie. Generalnie bardzo duże nieporozumienie i idealna atmosfera, żeby się pokłócić, bo każdy ma jakąś tam swoją rację. A oni po prostu wsiedli do samochodu, napięta atmosfera, myślę sobie „uuu, ciekawe, może się pokłócą”, a oni się po prostu przeprosili, wyjaśnili sobie i to był koniec sytuacji! Spodobało mi się, że oni od razu, bez wypominania sobie, wchodzą w jakąś dyskusję z postawą pokory i że chcą przepraszać za to co sami źle zrobili.

Co zyskujecie dzięki małżeństwu jako osoby?

Ł: Znów pytanie głęboko teologiczne. Warto podkreślić na początku, że bardzo lubię Olę. Już kiedyś miałem w niej przyjaciółkę, ale przy okazji ją podrywając 😊 To jest ważne, żeby to podkreślić, ale to nie jest kluczowe. Myślę, że przede wszystkim zyskuję możliwość tego, żeby usługiwać drugiej osobie i w tym naszym wypadku czterem innym osobom, bo im mniej żyjemy skupieni na sobie, tym samym bardziej skupieni na Bogu i przez to skupienie na okazywaniu miłości w taki sposób, w jaki właśnie On okazał, czyli właśnie stawianiu innych ponad sobą, to tak naprawdę daje w życiu największą satysfakcję. Nie takie poświęcenie, żeby się poklepać po plecach, tylko chodzi o coś więcej. Myślę, że małżeństwo jest do tego bardzo dobrym polem bojowym, z trójką dzieci tym bardziej.

A: Ja mam dokładnie tak samo, a z drugiej strony jest ten aspekt odbierania miłości. Ja najbardziej czułam miłość Łukasza za każdym razem, kiedy byłam w pierwszym trymestrze ciąży i po prostu byłam wrakiem człowieka. Generalnie,  można powiedzieć, że jestem wtedy od tego, żeby leżeć i wymiotować na zmianę. To są moje funkcje życiowe. Wtedy przychodzi Łukasz, który ogarnia dzieci, który przynosi mi coś do jedzenia, który sprząta, który ogarnia, pakuje naczynia do zmywarki, rozpakowuje je, wychodzi do pracy, zarabia na rodzinę, wraca uśmiechnięty i dalej ogarnia dzieci. To dla mnie też niesamowite doświadczenie Bożej miłości, gdzie ja z siebie daję „zero”, a On oddaje 100 procent.

Jaki jest wasz sposób na zapobieganie rutynie w związku, ewentualnie co robicie jak już się pojawia?

Ł: Ja myślę, że może nie rutyna, ale jakiś rytm jest potrzebny. A rutyny u nas po prostu nie ma. Nie pamiętam rutyny od co najmniej 4 lat. Nie ma takiego zastoju. Na razie naszym „sposobem” są kolejne dzieci i wiele innych życiowych wyzwań, ale ja bym powiedział, że ponad tymi wyzwaniami trzeba szukać tego, co jest fajne.

A: Dla mnie ważny jest rytm przełożony niczym ciasto biszkoptowe kremem, po prostu życiem w kościele, bo wydaje mi się, że ludzie w dzisiejszym świecie są często bardzo osamotnieni. Są dorosłymi ludźmi z dziećmi – mają siebie nawzajem oraz swoje dzieci, które potrzebują mnóstwo uwagi i energii. To się dzieje oczywiście codziennie i w końcu robi się bardzo męczące. Dochodzi do zamkniętej atmosfery – to jest moja grupa docelowa i koniec i wtedy pojawia się ta rutyna, która męczy, gdzie mężczyzna nie wychodzi, nie spotyka się z nikim, jest już tylko nudnym ojcem i tęskni za swoimi czasami młodości, gdzie pograł na kompie z koleżkami albo cokolwiek innego…
Ale dla nas, to, że my żyjemy w społeczności, gdzie są inni ludzie, którzy kochają Pana Boga, ale są też gotowi okazywać sobie miłość nawzajem, nie doświadczamy rutyny, za to doświadczamy poczucia bliskości i wsparcia. Już samo to bycie w Kościele, sprawia, że nie ma nudy. Na przykład w tym momencie, dzięki temu, że nasi znajomi z Kościoła zapomnieli klucza do swojego mieszkania wracając z innego miasta, okazało się nie mogą wejść do swojego mieszkania i przez dwa dni mieszkają u nas. No i da się żyć po prostu, oni zostają z dziećmi, my wychodzimy na randki 😊. Różne rzeczy się dzieją, więc rutyny nie ma w ogóle.

Fot. Ulotne Foto

Czy macie w swoim małżeństwie doświadczenie kryzysu, który wspólnie pokonaliście?…

Ł: Mam jakieś tam myśli z tyłu, jakieś konkretne przykłady, ale myślę, że każdy z nich wymagałby jakiegoś dużego wstępu, żeby wyjaśnić wszystko dobrze. Więc odpowiem chyba ogólnie, a może Ola sprecyzuje, ale moja ogólna odpowiedź jest taka, że te kryzysy przychodzą dosyć często.

A: Tak, ale to są małe kryzysy, nie zdarzyło się, żeby dopadł nas jakiś duży kryzys typu, że np. straciliśmy dziecko.

Ł: No tak. Chociaż ciężko mówić, co jest mniejszym co dużym kryzysem, jaka jest skala, ale to prawda. Trzeba jasno powiedzieć, że nie kojarzymy, żebyśmy mieli jakieś ogromne kryzysy. Raczej te które mieliśmy, z mojej perspektywy można jakoś tam posegregować. Ale nawet nie czuję potrzeby, żeby nad którymś z nich się pochylać. Raczej bym po prostu powiedział, że z każdego z nich wychodzimy mocniejsi, ponieważ nie ma opcji, żeby ten kryzys został i wisiał z tyłu. Zdarzają się natomiast sytuacje, że jest jakaś różnica zdań, jakieś napięcie, czy jakaś trudność, do której inaczej podchodzimy i to czasami się przeciąga. To może nie są kłótnie, które się przeciągają, ale jakieś trudne sytuacje, które dłużej trwają. Ale nie może to zostać niewyjaśnione. Dążymy do tego, żeby te rzeczy wyciągać na wierzch, rozmawiać o nich, nawet jeśli to jest trudne dla nas i każda z nich ostatecznie owocuje tym, że obie strony muszą okazać pokorę i troskę o drugą osobę. To umacnia, buduje charakter i uczy.

A: Nie przypominam sobie kryzysu, gdzie mielibyśmy do czynienia z bardzo trudnymi sytuacjami. Mieliśmy raz w życiu 14 zł na koncie i tydzień do następnej wypłaty, ale to nie było problemem. Nie dlatego, że 14 złotych to taka wielka suma, ale dlatego, że ja widząc Łukasza zaufanie Bogu i spokój w tej sytuacji nie zaczęłam panikować, ale uspokojona jego spokojem zaufałam Bogu, że będzie ok. Kryzysy pojawiają się na linii relacji., gdzie np. Łukasz jest zestresowany, troszeczkę się mijamy itp. i wtedy rzeczywiście nasza relacja bardzo mocno podupada.
To jest ciekawe, bo przypominają mi się czasy z początków naszego małżeństwa, kiedy rzeczywiście staraliśmy się rozmawiać o wszystkim, nawet kiedy ja do końca nie wiedziałam o co mi chodzi. Ja czasami tak mam, że patrzę się na Łukasza i myślę: „Jak ja nie mogę się na niego patrzeć i nie wiem o co chodzi. Jestem taka zła i nie wiem dlaczego”. Wtedy przychodziłam do Łukasza i mówiłam: „Łukasz, mam o Tobie złe myśli, ale nie wiem o co chodzi” i  wtedy Łukasz mówił „Ok, porozmawiajmy o tym” 😊 Łukasz jako konfrontacyjna osoba do skraju, drążył temat i dochodziliśmy faktycznie do czegoś, co się wydarzyło, co jest moim błędnym myśleniem, czy jego błędnym zachowaniem. Więc ważne, żeby po prostu rozmawiać.

Jesteście ciekawi kolejnych wywiadów i historii w ramach cyklu „Małżeństwo jest super!”?
Bądźcie z nami na bieżąco i:
♥ subskrybujcie nasz newsletter ⇒ SUBSKRYBUJ
♥ o
bserwujcie nas na:
⇒ FACEBOOKU
 INSTAGRAMIE