Małżeństwo jest super! – Weronika i Jan Kostrzewowie

Ona jest dziennikarką, On specjalistą od cyberbezpieczeństwa. Ogień i woda. Szukanie prawdy, kontra zapobieganie problemom… Jednak jak to się ma do ich małżeńskiej relacji i czy w niej pomaga? Zapraszamy do lektury rozmowy z Weroniką i Janek Kostrzewami.

Jak długo jesteście małżeństwem?

Weronika: Trzy lata albo przeszło tysiąc dni – to poważniej brzmi!

Dokończcie zdanie: Małżeństwo jest super, ponieważ…

Jan: Nie lubię pytań z tezą.
Weronika: Czasem sama takie zadaje, więc odpowiem. Małżeństwo nie jest super, ono takie może być, jeśli tworzymy je z odpowiednią osobą. Bo jak inaczej opisać fakt, że mam spędzić całe życie z najwspanialszym człowiekiem jakiego znam, a w dodatku z kimś kogo kocham! Jedyne co nie jest super w małżeństwie, to brak pewności, że będzie nam dane razem się zestarzeć. Ale w tej sprawie będę już Bogu głowę zwracać.

Jaki jest Wasz przepis na szczęśliwe małżeństwo?

J.: Jeżeli podejmę decyzję, że chce nauczyć się nowego języka programowania interesuje się tematem,  rozmawiam ze znajomymi, szukam w Internecie, oglądam filmy na ten temat na youtube itp Czym jest język programowania w porównaniu z językiem miłości? Dlaczego mam od nowa sam odkrywać przepis na szczęśliwe małżeństwo, popełniać błędy, które tysiące osób popełniły przede mną? „Karzeł siedzący na barkach Tytanów widzi dalej niżę one” . Wystarczy wpisać w Google frazę „jak stworzyć szczęśliwe małżeństw”. Może coś ciekawego wyskoczy? Posłuchać na youtube ekspertów takich jak np.: Jacek Pulikowski, ks. Piotr Pawlukiewicza czy o. Adama Szustaka z „Akrobatykę małżeńską”. Te osoby rozmawiały w swoim życiu z tysiącami małżeństw, zarówno tymi szczęśliwymi jak i tymi po rozpadzie lub na jego granicy. Mają doświadczenie, perspektywę, przemyślenia i sprawdzone rady. Można również znaleźć w swoim otoczeniu szczęśliwe małżeństwo z wieloletnim stażem i spytać po prostu „JAK?!”. Tak więc, póki co, zamiast „odkrywać Amerykę na nowo” staram się uczyć od innych ich przepisu na szczęśliwe małżeństwo.

W.: Na naszych obrączkach nie ma wygrawerowanej daty, czy imion. Jest klucz do tego szczęścia „Miłość cierpliwa jest”. Ten mało powszechny grawerunek wybraliśmy po jednej z kłótni. Cierpliwość pozwala nam powracać zawsze do punktu „chcę”.  A co do przepisu, to ja jestem na etapie szukania go, bo staż mamy krótki. I tak jak Janek powiedział: słuchamy, szukamy, podglądamy innych. Mamy wokół siebie mnóstwo wspaniałych małżeństw. Wiele z nich poznaliśmy dzięki wspólnocie małżeńskiej, do której należymy. Tu może kogoś zaskoczę, ale z podziwem obserwuję też małżeństwo jednej z moich przyjaciółek, które nie zostało zawarte przed ołtarzem, a w urzędzie. A i dla mnie – w kwestii bycia żoną – kluczowa była lektura „Twórczej partnerki”.

Jak dbacie o swoją małżeńską relację?

W.: Na pewno nie tak jak byśmy chcieli i nawet nie chodzi o to, że dzieci są małe, to czasu nie ma.. W tej kwestii chyba zawsze będę czułą niedosyt. A co do konkretów, to planując tydzień zastanawiamy się, gdzie będzie miejsce dla nas.

J.: Po pierwsze wspólna modlitwa. Po drugie, od czasu do czasu, szczególnie gdy jesteśmy pokłóceni, siadamy mówimy sobie komplementy. To brzmi trochę absurdalnie, że mam szczerze powiedzieć coś miłego osobie, która mnie tak wnerwiła, że nie chce z nią rozmawiać. Zaręczam jednak, że działa. Ostatnie ćwiczenie to losowanie emocji z wielkiej i dziwnej listy wszystkich emocji a następie opisywanie, kiedy się tak czuję. To pozwala wzbogacić męski słownik emocji z „szczęśliwy, smutny, wkurzony” o więcej słów „podekscytowany, osamotniony, rozczarowany itd.”, a to z kolei pozwala na lepsze zrozumienie w trakcie rozmowy czy nawet kłótni. Punkt 2 i 3 to ćwiczenia jakie w naszej wspólnocie małżeńskiej robiliśmy w ramach Wielkiego Postu. I myśmy to sobie zostawili już na stałe.

Czy praktykujecie małżeńskie randki? Jeśli tak, jak znajdujecie na nie czas przy napiętym planie tygodnia…?

W.: Praktykujemy, a dokładniej uczymy się tego. I są postępy! Już niecały tydzień po drugim porodzie, korzystając z obecności babci, siedzieliśmy w kawiarni! Jak trzeba to weryfikujemy plany. Zdarzyło nam się zamiast pikniku w lesie, rozkładać chleb, mielonkę i gry planszowe na dywanie, bo trzeba było zostać w domu.

J.: Uważam, że jest olbrzymia różnica między randką, a dialogiem małżeńskim. Randka to po prostu miłe – ale też ważne dla relacji – spędzenie czasu z żoną. A dialog małżeński poprzedza modlitwa, a do rozmowy zapraszamy Ducha Świętego. Z doświadczenia mogę powiedzieć, ze mimo iż obie formy wydają się podobne, to w czasie dialogu małżeńskiego można rozpoznać, omówić i rozwiązać problemy, których nigdy nie udałoby się rozwiązać na randce.

„Niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce”, czyli kłóćcie się, niech „latają talerze”, ale nie kładźcie się spać niepojednani. Czy to Wasza „codzienność”? Zdradźcie swoje sposoby na dobre zarządzanie kłótniami i szybkie godzenie się.

W.: Ja chyba powinnam teraz milczeć (śmiech). Na dobre zarządzanie kłótnią przepisu nie mam. Ja muszę całą złość, smutek i te wszystkie emocje „zbić do zera”. To tak jakbym w chwili kłótni miała 100 punktów. Jak tupnę nogą spada o 5 punktów, przejdę się po schodach jest minus 10. Za trzaśnięcie drzwiami  minus 15 itd. Paradoksalnie to właśnie w czasie kłótni potrzebuję Janka najbardziej. W końcu jemu wszystko opowiadam, jego proszę o radę, jemu się żalę. Dlatego robię co mogę – czasem po bandzie – by „wyzerować”. Zawsze z tyłu głowy mam myśl, że to miłość mojego życia i tego nic i nikt nie zmieni. Łatwiej wtedy zobaczyć małość naszych sporów. Muszę jeszcze dorosnąć do tego, by nad gniewem słońce nie zachodziło.

J.: Wystarczy znaleźć wszystkie swoje błędy. Powiedzieć je na głos. I czekać, aż żona następnego dnia zreflektuje się i zrobi to samo.

W.: Potwierdzam! Jak on mnie tym zawstydza! I jak mi imponuje! Kiedyś zrobię to pierwsza…

Co zyskujecie dzięki małżeństwu jako osoby?

W.: Mój mąż dodaje mi i macierzyńskich i zawodowych skrzydeł. Nikt we mnie tak nie wierzy, nie podziwia i nie inspiruje. Myślę jednak, że najważniejsze są nasze rozmowy o Bogu i o wierze, bo z nich wynikają moje przemiany i zachowanie wobec ludzi. A tak jeszcze bardzo przyziemnie, to dzięki byciu w małżeństwie nie muszę słuchać tych durnych tekstów „kiedy wreszcie sobie kogoś znajdziesz”. Niewiele jest głupszych pytań, jakie można człowiekowi zadać, no może jeszcze o to kiedy dzieci.

J.: Wyprowadziłem się od rodziców, kupiłem samochód, dom, znalazłem dobrą pracę. A co najważniejsze mam żonę i dzieci.  Tylko drzewa brakuje.

Jaki jest wasz sposób na zapobieganie rutynie w związku, ewentualnie co robicie jak już się pojawia?

J.:  Ostatnie 3 lata to nie jest walka z rutyną. To walka o przetrwanie (śmiech).

W.: Jak na razie albo jest ciąża albo dziecko się rodzi albo kupujemy dom. Trochę marzę o rutynie rozumianej nie tylko jako rozładowywanie i załadowywanie zmywarki.

Czy macie w swoim małżeństwie doświadczenie kryzysu, który wspólnie pokonaliście?…

J.: Po narodzinach syna miałem duży problem z przejściem od życia nastolatka, do życia rodzica i jak to z belką w oku bywa, zupełnie tego nie widziałem. Zamiast stanąć w prawdzie i rozwiązać ten problem, wmawiałem sobie (a przychodziło mi to zupełnie naturalnie), że to wszystko wina Weroniki. Bo w końcu tego się czepia, tamtego się czepia, nie może tutaj odpuścić, a tam zrozumieć. Zwykłe drobnostki doprowadzały mnie do szału i były powodem solidnych kłótni. Pomogły rekolekcje i nasza małżeńska wspólnota.

W.: Początki małżeństwa wspominam jako jeden wielki kryzys. Choć wtedy wydawało mi się, że po prostu jest jakoś tak dziwnie. Zaraz po ślubie była ciąża, a z nią depresja ciążowa. Patrzyłam w ścianę i przekonywałam siebie, że jestem szczęśliwa. Nie działało. Janek próbował pomóc, pamiętam nawet, że kupił mi 3 kilogramy nasion chia, bo gdzieś przeczytał, że mają jakieś antydepresyjne działanie. Potem urodził się Józef i już drugiego dnia dostał silnego krwotoku. Strach, że go możemy stracić towarzyszył nam jeszcze długo, a o emocjach nikt nas nie nauczył rozmawiać (jak dobrze, że dziś inaczej wychowuje się dzieci). I wtedy pojechaliśmy na rekolekcje z naszą wspólnotą małżeńską. Kilka razy mieliśmy ochotę z nich zwyczajnie uciec. Na szczęście zostaliśmy. Ostatni dzień rekolekcji, to dla mnie ostatni dzień kryzysu.

Jesteście ciekawi kolejnych wywiadów i historii w ramach cyklu „Małżeństwo jest super!”?
Bądźcie z nami na bieżąco i:
♥ subskrybujcie nasz newsletter ⇒ SUBSKRYBUJ
♥ o
bserwujcie nas na:
⇒ FACEBOOKU
 INSTAGRAMIE