Świadectwo wskrzeszenia dziecka

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Pragnę podzielić się swoim Świadectwem, kiedy pierwszy raz namacalnie doświadczyłam Cudu Bożego w swoim życiu.

Mam na imię Sandra, mieszkam od prawie 20 lat w Niemczech i kończę w tym roku 30 lat. Jestem mężatką od prawie 6 lat i mam trzy wspaniałe Córeczki. Moja historia głębszej wiary zaczęła się 3 lata temu na Rekolekcjach oddania się Jezusowi przez ręce Maryji. Wspomnę, że mój Mąż nie jest mocno praktykującym katolikiem i zawsze u niego samo „Wierzę w Boga” wystarczało. Jednak wtedy 3 lata temu pojechał ze mną i moją rodziną na jednodniowe Rekolekcje, na których dostałam obrazek Matki Bożej Brzemiennej. Mieliśmy wtedy dwie Córeczki – mój mąż nie był przekonany do trzeciej ciąży i był bardzo zamknięty na dalsze potomstwo…

Rekolekcje były tak owocne, że dosłownie po nich zaszłam w trzecią ciążę. Najpierw czułam, że czuję się bardzo dziwnie, więc postanowiłam kupić w aptece test ciążowy. Pamiętam, że strasznie bałam się tego wszystkiego, a przede wszystkim oceny i reakcji mojego Męża. Pamiętam też, że pierwszy raz w moim życiu modliłam się w toalecie do Boga o Jego wolę. Gdy zrobiłam test, zanim spojrzałam na wynik, powtarzałam parę razy z rzędu „Jam służebnica Twoja, niech mi się stanie według słowa Twego” – tak jak nauczyła nas Maryja…. Wtedy wynik testu dał mi odetchnąć, ponieważ był to fałszywy alarm. A w sumie tak to na ten moment wyglądało… Po 5 dniach objawy wracały – zawroty głowy, mdlenie… Do tego lekki nacisk w macicy, więc stwierdziłam, że pójdę do lekarza. Może to torbiel lub inna choroba. U lekarza musiałam oddać próbkę moczu. W czasie gdy czekałam na wynik, lekarz zbadał mnie dokładnie i stwierdził, że w macicy nic nie ma, więc na tę chwilę zalecił dalszą obserwację. Gdy go pożegnała to w drzwiach powiedział do mnie jeszcze, że jeśli w moczu będzie stwierdzony stan ciążowy, to zaraz będziemy widzieć się ponownie i ktoś mnie wezwie. W przeciwnym razie mogę iść do domu. To były moje chyba najdłuższe 4 minuty w życiu…

…Po których usłyszałam moje nazwisko. Serducho waliło mi jak głupie, a w głowie myślałam sobie po ludzku „w jaką grę Ty się ze mną bawisz”… Gdy weszłam do gabinetu, usłyszałam słowa „Musi być Pani w bardzo wczesnej ciąży, ponieważ nie widzę jeszcze płodu w macicy, lecz mocz wykazuje, że jest Pani w ciąży. Proszę przyjść za 2 tygodnie na kontrolę.” Więc poszłam do domu, obmyślając nieustannie wersja, jaką przekażę Mężowi. Powiem tylko, że nie była to jedna z naszych łatwych rozmów. Kiedy w końcu Mąż i ja ochłonęliśmy i „zaprzyjaźniliśmy” się z myślą kolejnego Dziecka, a dalsze dni mijały, jakieś dwa tygodnie później w piątkowa noc dostałam mocnych krwawień, które aż mnie obudziły. Wystraszyłam się i płacząc wiedziałam. że poroniłam. W środku nocy pojechałam do najbliższej kliniki, gdzie zostałam zbadana przez Panią ginekolog, która przekazała mi zdjęcie do ręki i rzekła, że z tego co mam tam w macicy dziecka już nie będzie… Tak strasznie chciało mi się płakać, choć nie chciałam pokazać jaka miękka jestem. Myślałam nieustannie że podejście mojego Męża do dalszych dzieci i mój lęk przed nim, spowodowały tę sytuację i że nie zasłużyliśmy na ten Boży dar… W głębi serca przepraszałam Boga i nie byłam w stanie rozmawiać na daną chwilę z kimkolwiek… Pani Ginekolog wspomniała jeszcze, że przez weekend mam być uważana, bo mogłabym dalej krwawić, ponieważ nie oczyściłam się do końca i że mam ustalić w poniedziałek rano wizytę u mojego lekarza ginekologa na potwierdzenie poronienia. Tak też uczyniłam.

Gdy wróciłam do domu ciągle towarzyszył mi obraz Matki Bożej Brzemiennej, nieustannie patrzącej się na mnie. Więc zaczęłam do niej mówić. Jak kobieta do kobiety. Nie jak proch marny do Królowej, ale właśnie jak do kobiety, która sama była w ciąży. Mówiłam do niej, że przepraszam, że bałam się tej ciąży. I że bardzo się teraz boję. Żeby pomogła mi przez to przejść. Aby pomogła mi zgadzać się na wolę Boga i ten plan Boży w moim życiu. Aby trzymała mnie za rękę. Mówiłam jej też często, że jeśli jest to możliwe to niech prosi Jezusa o to, by uzdrowił moje łono, aby wszystko w nim było tak jak Pan sobie upodobał. Nadszedł poniedziałek…

Poszłam do ginekologa na wizytę. Była to najkrótsza wizyta w moim życiu. Sekunda na foteliku i te słowa „niestety jest mi bardzo przykro, ale powinna być Pani w co najmniej 7 tygodniu, a nie widać żadnej akcji serca i jajeczko jest puste”… Zanim wyszłam z gabinetu lekarz przekazał mi do ręki skierowanie do szpitala na czyszczenie macicy, ponieważ nie oczyściła się do końca. Był to jakoś koniec listopada, a skierowanie było ważne do końca roku. Lekarz zalecił, żeby pójść najlepiej jak najprędzej, ponieważ mogło by się z tego zrobić zapalenie macicy…

Wróciłam do domu oczywiście nie mówiąc Mężowi każdego szczegółu. Chciałam żeby Maryja i Jezus chociaż jedno jeszcze dla mnie zrobili- jeśli jest to wola Boża, żebym miała szansę oczyścić się sama, bez żadnych zabiegów… Więc modliłam się dalej do Matki Brzemiennej, ale moje łono było już puste… A w zasadzie pełne kawałków czegoś z czego już dziecka nie będzie… Tak mi mówili. Nie odważyłam się pójść na łyżeczkowanie. Nie przechodziło mi to przez myśl. Tłumaczyłam sobie, że gdy się na to zgodzę, to przyczyniam się do tego by odeszło ode mnie to, co Bóg we mnie ukształtował… Więc modliłam się dalej…. Modliłam się do Mamy o to, aby prosiła Jezusa, żeby płód – jeśli taka wola Boża – odszedł sam… Abym nie miała w tym żadnej interwencji.

Wtedy naszło mnie już fantazjowanie… Bynajmniej dla mnie wtedy jeszcze wydawało się to fantazją…. Zaczęłam prosić Matkę Bożą o to, że jeśli to możliwe, to niech Jezus uzdrowi moje łono, a wraz z nim Dziecię które jest jeszcze w nim…. Sama myślałam o sobie jako o głupcy, gdy te słowa wypowiadam. Ale jakoś mnie trzymały one przy tym w co wierzę. Nie dość tego wszystkiego jestem sceptykiem, więc umawiam się do jeszcze jednego ginekologa i idę na termin. U niego nie uzyskuje żadnej nowej wiadomości… Dalej to samo… Aż mijają dni i zaczynam dostawać strasznych bóli podbrzusza. Ściskam i zwijam się na kanapie, a mój mąż nie może dosłownie już się na mnie patrzeć…

W końcu rodzina namawia mnie na konsultacje w szpitalu. Ustalam termin, trzęsę się i w końcu jadę na oddział. Koleżanka czeka z moją średnią córką w poczekalni, a ja idę do Anioła posłanego przez Boga, tak go do dziś nazywam… Siedzi naprzeciwko mnie i sam nie wie co powiedzieć. Jego uśmiech jest bardzo skromny i wyraża wiele współczucia, choć wie, że i tym nie poprawi mi humoru. Wtedy ustalamy termin operacji. Proponuje mi mieć to szybciej za sobą by się prędzej pożegnać z myślą straty i proponuję mi termin na kolejny dzień. Mówi, że będzie miał w tym czasie dwie cesarki i może wziąć mnie pomiędzy nimi. Pomyślałam sobie wtedy – dwa życia będą się rodzić, a jedno odchodzi… Podpisałam papiery do anestezjologa, podaliśmy sobie rękę i w ostatniej chwili lekarz zatrzymuje mnie i przeprasza, ale całkowicie zapomniał  że niestety procedury wskazują, że musi mnie jako zbadać po raz ostatni, żeby jako lekarz operatywny też stwierdzić utratę dziecka. Niespokojna idę za nim długim korytarzem do ostatniego pokoju, do którego wchodzi on, ja i pewna młoda asystentka. Procedura jak każda inna, rozbiera się do połowy, siadam na krzesełko i nawet już nie chce patrzeć w monitor USG, ponieważ wiem co tam zobaczę. Coś długo mnie bada… Ciągnie się to dla mnie w nieskończoność. Po chwili czuje jakby był czegoś niepewny i czegoś dosłownie szukał na monitorze, gdy po chwili słyszę szokujący i zdziwiony jego głos mówiący do asystentki „szybko zgaś to światło”… Gdy patrzę w monitor, mam wrażenie że ktoś wciska mi swoją dłoń do mojej piersi i ściska mi serce z całej siły, tak skamieniałam. Po sekundzie znów mówi do asystentki „czy ty widzisz to co ja widzę?” Po czym ona uśmiechnięta kiwa głową na gest przytakiwania. Patrzę przed siebie i widzę… Malutki biały krzyżyk na monitorze, który co sekundę tyka. Nasze małe, drobniutkie serduszko! ALLELUJA! Jezus jest wielki! Nie wiem co zrobić, nie umiem poukładać emocji. Jakby ktoś wyciągnął mi wtyczkę do wszystkiego. Lekarz patrzy się na mnie i mówi cicho „proszę się powoli ubrać i wrócić do mnie”, po czym opuścił z tą młodą dziewczyna pokój. Do dziś myślę. że wtedy powinnam upaść na kolana, krzyczeć alleluja, płakać i wydzierać się w Niebiosa… Nie miałam jednak sił. Nie mogłam tego pojąć co tam się stało.

Skąd Jezus wiedział, że tak długo poczekam ze skierowaniem? Co jeśli bym wcześniej szła na zabieg? Co jeśli trafiła bym na innego lekarza? Czy moja córka wtedy nadal by żyła? Pytania goniły pytania. Wszystko już nie miało znaczenia.

Dziś tylko ma znaczenie to, że Jezus uzdrawia chore łono Matki. Z kawałków ulepia całość. Kształtuje na nowo i daje Życie. A jedyne czego od nas pragnie to naszej żywej wiary, cierpliwości i uszanowania jego woli… Nasza najbardziej przyjęta do tej pory wola Boża ma na imię Natalia Maria. Natalia, bo narodziła się na nowo przed świętem Bożego Narodzenia, a Maria ku czci Matce Bożej. Ma obecnie dwa i pół roku.

Błogosławię każdej Matce i Kobiecie  która będzie to czytać i moje świadectwo potraktuje jako zaproszenie do osobistej relacji z Jezusem i Maryją. Chwała Panu!

Pozdrawiam, Sandra.

„Uwielbiajcie Boga i wysławiajcie Go przed wszystkimi żyjącymi za dobrodziejstwa, jakie wyświadczył wam – w celu uwielbienia i wysławienia Jego imienia. Ogłaszajcie przed wszystkimi ludźmi dzieła Boże.” – Tb 12, 5

Udostępniajcie proszę dalej to świadectwo, żeby chwała Boża dotarła na krańce świata.
  • januszcelarek

    Płaczę ze wzruszenia, ale jakże mógłbym nie plakać gdy Bóg w sercu moim się zrodził.